Między kontuszem a czymś tam

Można również dość łatwo udowodnić, że kraje spoza ścisłego centrum, które naprawdę przyswoiły sobie oświeceniowe wartości to te, które dokonały tego w sposób w miarę autonomiczny. Tzn. tam gdzie zachodni kupiec przybywał ramię w ramię z żołnierzem miejscowy lud tylko tracił i posuwał się w jeszcze większe zacofanie. Kapitalizm nieodłącznie związany jest tylko z jednym systemem wartości, a system ten oparty jest na matematycznym znaku nierówności. Jeśli więc może on zadomowić się gdzieś w swojej najprostszej formie, to nie będzie niósł ze sobą żadnych naddatków w postaci ideałów oświecenia. Po cóż miałby to robić? Jeśli kolonializm ma rzeczywistą zdolność emancypacyjną, to dlaczego ludy, które zostały skolonizowane najwcześniej są ciągle bardzo słabo zmodernizowane (o ile – oczywiście – fizycznie przetrwały do naszych czasów)? A te, które były wystarczająco silne, by oprzeć się kolonizacji całkiem nieźle radzą sobie z modernizacją?

Można by też pokazać, że Agata Bielik-Robson pomija dynamiczną strukturę kapitalizmu. Weźmy ten fragment

Czy prekariat jest rzeczywiście klasą? Czy w ogóle można tu mówić o formule identyfikacji? Czy pozwala on na odejście od magicznych tożsamości? Nie sądzę. Podejrzewam, że nawet w Nottingham prekariusze bardziej są Anglikami niż prekariuszami. A co mówić o naszej zapyziałej Polsce…

To właśnie powstanie prekariatu wskazuje, iż kapitalizm przestaje mieć funkcje modernizacyjne. Wytwarza on takie podmioty, które będą potrafiły w miarę bezproblemowo pomnażać kapitał. Prekariat, w ramach którego poczucie solidarności jest ze zrozumiałych przyczyn niższe niż w przypadku proletariatu jest doskonałym narzędziem kapitalizmu – ale nie modernizacji.

Można by te wszystkie uwagi rozwinąć, dzięki czemu moje polemiczne powinności zostałyby spełnione. Problem jest taki, że ja zasadniczo zgadzam się przynajmniej z dwoma ważnymi tezami filozofki. Przede wszystkim również sądzę, że walka z kapitalizmem jest niezbyt mądrą działalnością – o ile w ogóle można to w jakimkolwiek wypadku nazwać działalnością. Mój sąd nie wynika jednak z wiary, że kapitalizm ma moc emancypacyjną. Nie ma. Po prostu obecnie mówienie o walce z systemem kapitalistycznym jest puste. Pisałem o tym w tym tekście. Po drugie, od dawna żywię przekonanie, że teorie postkolonialne, nawoływanie do powrotu do małych narracji i próby sztucznego dowartościowywania peryferii są z gruntu nieużyteczne. Pisałem o tymtu i tu. Ale znów: nie dlatego, że wierzę w jakąś wielką i wspaniałą narrację płynącą z Zachodu. Opowiadanie o owej wielkiej narracji jest po prostu rewersem mówienia o narracjach małych. Pierwsze pojęcie jest wytwarzane przez drugie i odwrotnie. Agata Bielik-Robson może zatem do końca świata powtarzać o projekcie modernizacyjnym, a jednym z rezultatów tych repetycji będą polemiki Krasnodębskiego czy Zybertowicza, którzy będą oburzać się na panią profesor, że śmie podnosić rękę na polskość.

Skupię się jednak tylko na jednej, bardzo niewielkiej i prawie że pobocznej kwestii, którą można znaleźć w tekście Agaty Bielik-Robson. Trudno nawet powiedzieć, że jest to zagadnienie polityczne. Chyba chodzi raczej o pewien problem filozoficzny, który występuje w myśleniu ABR.

Agata Bielik-Robson jako „odrzucony kamień”, kobieta, chce zostać jednostką. Nie chce być tylko Polką (czy też nie chce być Polką wcale, nie jestem pewien), chce być człowiekiem. Dobrze, rozumiem. Problem zaczyna się wtedy, gdy twierdzi ona, że bycie jednostką polega na odejściu od różnych – używając jej określenia – „magicznych tożsamości”. Bycie jednostką – jak rozumiem – polega na odkryciu w sobie własnych, niezakłóconych przez ideologie, czy mity, potrzeb i ich odważne realizowanie. Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat, który zacznie się od zdania, którym kończył się poprzedni

(Zaznaczmy tylko w nawiasie, że deprecjacja narodu, jako „tożsamości magicznej” jest – delikatnie mówiąc – dość naiwna. W pewnym sensie wszystkie tożsamości są wyobrażone.)

Kłopot polega na tym, że z tej perspektywy „bycie jednostką” jest jeszcze bardziej magiczną tożsamością niż przynależność do narodu. Okazuje się, że „bycie jednostką” to pewien rodzaj. Nie jest to cecha, która przysługuje wszystkim bytom, niesie ona jakąś specyficzną treść. Widzimy przecież: nie wszyscy są jednostkami; niektórzy np. są Polakami. Aby być jednostką należy zachowywać się w określony sposób, mieć pewne przekonania, wyrobić sobie określone nawyki i – zapewne – posiadać iPada. Być może jest to lepszy sposób życia niż bycie Polakiem. Nie w tym jednak rzecz. ABR pisze swo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *